Radzenie sobie ze stresem to jeden z popularniejszych tematów poradnikowych, nie tylko w czasie pandemii. Nie bez powodu. Stres potrafi nie tylko sparaliżować działanie i myślenie, ale także prowadzić do chorób i śmierci. W tym ostatnim szczególnie dobrze sprawdzają się: stres bardzo silny i nagły, oraz stres przewlekły. Dzisiaj zajmiemy się tym drugim, bo to on w czasie nowego, mało znanego zagrożenia dla nas i bliskich – oraz powtarzających się lockdownów – najbardziej nas dotyka a osoby wysoko reaktywne ponoszą jego największe koszty.
Stres, czyli napięcie psychiczne. Paradoksalnie, reakcja stresowa to narzędzie, w które nasze ciała są wyposażone, aby zwiększyć nasze szanse w sytuacji zagrożenia. Działa na poziomie fizjologicznym, ale wpływa na psychikę, emocje, a także na funkcje i procesy poznawcze (czyli po polsku: rzuca się na rozum).
Pozwolę sobie zlekceważyć dokładny opis mechanizmu fizjologicznego (zainteresowanych odsyłam do podręczników szkolnych albo Wikipedii). W praktyce wystarczy nam wiedza, że taki mechanizm istnieje. Że organizm reaguje na bodziec stresowy wyrzutem różnorakich hormonów z różnych miejsc, co przełącza go w tryb „walcz albo uciekaj”. Hormony te powodują reakcje fizjologiczne, emocjonalne i poznawcze. Warto pamiętać – to nie duch święty, tylko najzwyklejsze hormony. Stres to chemia. Całe ciało, włącznie z rozumem i emocjami zostaje dostosowane do tego, żeby rozpoznać zagrożenie i albo je zwalczyć, albo bezpiecznie opuścić trefne miejsce. Stąd historie o ludziach, którzy pod wpływem adrenaliny rozgięli pręty metalowego ogrodzenia, albo biegli godzinami a potem padli bez przytomności. Literacki motyw nogi czy ręki odgryzionej, aby uwolnić się z sideł, też nie wziął się znikąd. Zwiększona siła, odporność na ból, większe możliwości fizyczne, np. długiego biegu, walki. Wystąpienie reakcji lękowej (która też jest sterowana hormonalnie) aby nas zmotywować do działania. Zwiększony refleks i wyłączone filozofowanie. Brzmi sensownie. Ale ma dwie wady.
Pierwsza to wada związana z tym, że jest to mechanizm „zwierzęcy” lub, jeżeli wolicie, „jaskiniowy”, występujący w świecie zwierząt i służący fizycznemu przetrwaniu w naturalnych warunkach. Jest przydatnym archaizmem. Ewolucja działa jednak ze zbyt dużą bezwładnością, żeby zdążył się on dostosować do warunków i złożoności współczesnego życia, a także do ludzkiego rozwoju emocjonalnego. Pewnych sytuacji i niuansów po prostu nie rozróżnia. Kiedy nasze zagrożenia i stresory są częściej natury mentalnej niż fizycznej, przestaje być adekwatny i może bardziej przeszkadzać, niż pomagać, kiedy np. wybrnięcie z sytuacji stresowej wymaga skupionego, złożonego myślenia albo opanowania reakcji lękowej. Najprostszy przykład to stres powodowany przez wystąpienia publiczne albo egzamin, kiedy de facto nie zagraża nam nic fizycznego. Reakcja stresowa rodem z dżungli utrudnia nam użycie naszych umiejętności, pamięci, opanowania. Cały nasz organizm jest gotowy do walki, ucieczki albo przyczajki. To tam są przekierowane wszystkie nasze moce przerobowe, a wzmożony lęk każe wydostać się stamtąd jak najszybciej, wyolbrzymia zagrożenie i paraliżuje myślenie bardziej złożone niż „którędy uciekać?”. To, co miało nam ratować życie (i nadal uratuje, kiedy znajdziemy się w dżungli, w środku klęski żywiołowej, w sytuacji napadu albo wojny), może nas wpędzić w kłopoty w życiu codziennym i uniemożliwić realizację naszych celów. Tym z Was, którzy zakrzykną teraz „przecież to stres właśnie nas mobilizuje, żeby ogarnąć dupę i wziąć się do roboty” odpowiem, że o stresie mobilizującym i demobilizującym będzie dalej – poczekajcie.
Druga wada jest taka, że to tryb awaryjny, o wysokich kosztach eksploatacji. Uruchomione są nadzwyczajne zasoby, zużywające mnóstwo energii i materiału. Nasz organizm może tak pracować, ale nie za długo i nie za często, a potem potrzebuje regeneracji. A teraz wyobraź sobie, że zamiast godzinę – dwie, ten stan totalnej mobilizacji i nadprodukcji określonych hormonów trwa całe dnie, tygodnie, miesiące, a może nawet lata. To już nawet nie jest jazda na oparach. Oczywiste jest, że organizm zacznie szwankować, od destabilizacji pracy albo uszkodzenia narządów wewnętrznych, po pogorszony stan psychiczny i możliwości umysłowe. Nawet, jeżeli uda się usunąć przyczynę stresu, to straty często są już nieodwracalne albo wymagają długiej rekonwalescencji i leczenia.
Silny i długotrwały stres spowodowany sytuacją, na którą nie mamy wpływu, można porównać do zamknięcia w pokoju pełnym dymu. Możesz w nim jakiś czas przetrwać, jeżeli nie masz innego wyjścia. Ale jeżeli w nim zostaniesz za długo, to zachorujesz, a potem umrzesz.
A kto umarł, ten nie żyje. Nie jest więc w Twoim interesie siedzieć tam dłużej, niż jest to absolutnie niezbędne. W Twoim interesie jest znać siebie na tyle, żeby wiedzieć, przy jakim poziomie i czasie trwania stresu Twój pokój zaczyna się niebezpiecznie zadymiać – i mieć przygotowane sposoby ucieczki lub maskę gazową.
I tu dochodzimy do zapowiedzianego tematu: odróżnienia stresu, który mobilizuje, od tego, który jest już destrukcyjny.
Albowiem działa to tak. Kiedy poziom stresu rośnie od zera (zupełnego luzu), zaczynasz działać coraz żwawiej i to jest ten stres, który mobilizuje. Ale kiedy stres staje się zbyt silny, dochodzi do załamania, zaczynasz działać coraz gorzej i coraz mniej skutecznie aż do paraliżu i wyczerpania.
Cały problem polega na tym, że ten punkt załamania jest różny dla różnych ludzi i zależy to od… jasne, od reaktywności. Osoba bardzo wrażliwa, wysokoreaktywna rozjedzie się, załamie i odpadnie w momencie, kiedy inni dopiero się rozgrzewają, czując przyjemny dreszczyk emocji.
Jeżeli odstajesz od średniej – w tym przypadku pod względem odporności na stres – to musisz się liczyć z niezrozumieniem, posądzeniem o bycie miękiszonem (słowo modne w 2020 roku, chociaż wolałam staromodnego „cieniasa”), histerykiem, panikarzem, tchórzem, miękką fają i co tam miłego jeszcze można powiedzieć.
Ale pamiętaj, że to nie ich pokój właśnie wypełnił się dymem, tylko Twój. To Ty poniesiesz konsekwencje siedzenia w nim, zaprzeczania i udawania twardziela, a nie oni – bo u nich nadal powietrze jest świeże i pachnące a widoczność boska. To Ty się musisz ratować, bo Twoje normy zostały przekroczone, nawet jeżeli są to inne normy, niż normalne. 🙂
Jak możesz się ratować?
Ludzie wysokoreaktywni są dużo bardziej narażeni na negatywne skutki chronicznego stresu w sytuacji, nad którą nie mają kontroli ani wpływu – jak w przypadku pandemii, ale także subiektywnie trudnych sytuacji życiowych, z którymi nie zawsze możemy coś od razu zrobić – utrata pracy, żałoba, rozstanie z partnerem, trwające latami sprawy sądowe, choroba własna lub kogoś bliskiego… można wyliczać w opór: wojna, klęska żywiołowa, nadlatująca asteroida, przepowiednie końca świata, a nawet zwykła ciąża.
Powiedzmy na przykład – przywołując jeden z cenionych przez nas seriali, ot, takie perypetie bohatera – że żyjesz sobie spokojnie na przedmieściach, pracując jako nauczyciel chemii (na razie nuda), ale jesteś sfrustrowany zawodowo, masz żonę w nieplanowanej ciąży, niepełnosprawnego syna, finansowo jesteś w czarnej dupie i boiler Ci cieknie. Wystarczy? Wystarczy. Ale wtedy dowiadujesz się, że masz raka i kilka miesięcy życia przed sobą i nie, nie masz kiedy nawet odreagować, bo musisz szybko zabezpieczyć finansowo rodzinę. Nosorożec by to ledwo wytrzymał, ale Ty… Ty bierzesz się za domową produkcję metamfetaminy i krwawe potyczki z lokalnym meksykańskim kartelem narkotykowym, aby zarobić kilka grubych baniek. Ot, życiowe sprawy, każdemu się może przytrafić, ale stresu naraz sporo, c’nie? Dobra, wracamy do tematu.
Przede wszystkim nie wmawiaj sobie, że powinieneś być twardy. Licz się z tym, że szybko wymiękniesz i zaczniesz mieć bardzo, bardzo dosyć. Jesteś jaki jesteś i nie neguj tego, bycie miękiszonem ma wady ale i zalety. Nie daj też sobie wmówić, że musisz się tylko wyluzować, przestać o tym myśleć, nastawić się pozytywnie, nie nakręcać się itp, itd. Tego rodzaju bełkot jest tak samo pomocny, jak mówienie „weź się w garść” osobie z depresją.
Chociaż akurat umiejętność nienakręcania się jest w naszej sytuacji warta wagon złota. To jest nasza maska gazowa w pokoju pełnym dymu, w którym jesteśmy zamknięci. Dzięki niej możemy zobaczyć, czy są tam jakieś drzwi i pomyśleć nad ich otwarciem albo poczekać na pomoc. Możemy nawet nawet czasem znaleźć okno, otworzyć je, wywietrzyć i już nie musieć uciekać tylko wywalić się na kanapie z Netfliksem i browarkiem. Niestety, nikt tej umiejętności nie sprzedaje, ludzie rodzą się z predyspozycjami do nakręcania się lub nie, a wychowanie to wzmacnia lub nie, zaś potem rozwój własny to wzmacnia albo nie.
Można ją jednak mozolnie wytrenować, uzyskując poprawę, lecz nie oczekując cudu, że z wysokoreaktywnego nerwusa staniesz się kiedykolwiek zajebiście wyluzowanym kwiatem lotosu, oazą spokoju na (…) tafli jeziora. To jest ta dobra wiadomość.
Spośród technik radzenia sobie ze stresem (to już jest dłuższy temat, więc nie dzisiaj) najbardziej pomocne w sytuacji długiego stresu będą te, dzięki którym uda Ci się nie nakręcać tylko odkręcić, aby odzyskać widoczność i oddech w zadymionym pokoju. Na przykład, dzięki którym wypracujesz sposoby, jak opanować wszechogarniający lęk, przeinterpretujesz swoją sytuację, aby zobaczyć ją jako mniej zagrażającą albo mniej beznadziejną, przygotujesz plan awaryjny A, B, C i Ź, odzyskasz poczucie kontroli i zatrzymasz tym samym hormonalną powódź, która Cię zabija.
Wtedy dym sam zacznie opadać.
Fot. pexels.com / edited by Doredon

Z wykształcenia jestem psychologiem, z natury „przewrażliwiona”. Stworzyłam tę stronę, by była wsparciem dla ludzi takich jak ja – wysokoreaktywnych, nadwrażliwych emocjonalnie. Jak sobie układać życie i sprawy w świecie stawiającym nam wymagania jak dla „normalsów”? O tym będę pisać.
Czy czytałaś książki E. Aron o wysokiej wrażliwości? Chętnie przeczytam co o nich sądzisz i jak mają się do pojęcia wysokiej reaktywności. Sama szukam prawdy o sobie i eksploruję wiele w zakresie reaktywności, bo ewidentnie należę do wysokoreaktywnych, z tych których małe rzeczy potrafią na długo wytrącić z równowagi albo zadwolić na równie długo 😀
Pozdrawiam cieplutko i witam po przerwie <3
Jest wiele podejść do tematu wysokiej wrażliwości układu nerwowego, ta książka jest jednym z wielu. Wszystkie i tak sprowadzają się do jednego – żeby znaleźć taki sposób opisu siebie i taki sposób na siebie, aby poprawić swoje funkcjonowanie i samopoczucie. Dla jednej osoby będzie bardziej czytelne jedno podejście i metoda, dla innej coś zupełnie innego, choć opisywane zjawisko (reaktywność) nadal jest to samo. Nie jest ważny opis tylko jego zastosowanie praktyczne w przypadku konkretnie Twojej osoby, z Twoim wychowaniem, nawykami, predyspozycjami, doświadczeniami, inteligencją i wieloma innymi wymiarami, z których składa się człowiek. Może być coś, co pomogło tysiącom osób, a u innych tysięcy się nie sprawdzi, bo te inne tysiące są inne, więc muszą znaleźć inny sposób :). Nie nazwałabym tego szukaniem prawdy o sobie, tylko szukaniem metody na siebie. Po prostu szukaj i testuj, aż znajdziesz to, co trafi i pomoże akurat Tobie.