Zaznacz stronę

Powyższy tytuł pochodzi z jednego z tych motywacyjnych tekstów helveticą na tle randomowego krajobrazu. Uwielbiam go, bo jest okropnie pretensjonalny i zarazem zabójczo prawdziwy, więc szukałam pretekstu, żeby go jakoś tutaj przemycić. Mój poprzedni wpis „Pokój pełen dymu” o chronicznym stresie dostał feedback, dzięki któremu ten pretekst dostałam, zatem do roboty.
Otóż. Pojawił się komentarz Maki, która – pytając o jedno z podejść do tematu reaktywności – użyła określenia „szukam prawdy o sobie”. Pisząc odpowiedź stwierdziłam, że potrzebuję na nią więcej miejsca i że znajdzie się ono w następnym wpisie (czyli tym).
Niedługo potem dotarł do mnie feedback od rozczarowanego, który poświęcił cenny czas, przeczytał cały tekst a okazało się, że na koniec jednak nie było konkretnych technik radzenia sobie ze stresem. Clickbait, oj nieładnie. Obmyślając celną ripostę na ten zarzut, pomyślałam, że wielu czytelników może mieć podobne wrażenie a sam fakt pojawiania się tego wrażenia jest najbardziej interesujący, więc chcę to rozwinąć.

Co te dwa komentarze miały ze sobą wspólnego, że postanowiłam odpowiedzieć w jednym tekście? Oba mają źródło w pewnej domyślnej koncepcji, którą nam zaszczepiono (i ewidentnie spowodowała NOP), że na nasze problemy emocjonalne, duchowe, egzystencjalne istnieją gdzieś gotowe rozwiązania. Wystarczy je tylko znaleźć, żeby wszystko już było dobrze. Znacie to, prawda? „Siedem skutecznych sposobów na zmianę swojego życia”, „Trzy złote reguły, aby być szczęśliwym”, „Wypełnij test i dowiedz się, jakim rodzajem wojownika jesteś”. Dlatego czytacie książki i blogi o samorozwoju.

Chcecie znaleźć odpowiedź, ale zadajecie złe pytanie.

U mnie tego nie znajdziecie, bo moją metodą jest brak metody.
Lubię porządkować wiedzę psychologiczną, ale nie szanuję złotych recept, które w kategoryczny sposób wskazują jedyną słuszną drogę. Nawet, jeżeli mają etykietę naukowych. Robię się szczególnie podejrzliwa, jeżeli nowe kategoryczne wskazania wyśmiewają poprzednio obowiązujące, kategoryczne wskazania. Jeżeli amerykańscy naukowcy cośtam odkryli, to chcę znać metodologię badania i sprawdzić, czy znowu ktoś nie udowadnia przyczyny i skutku na podstawie korelacji. Czy na przykład wiecie, że wszyscy ludzie którzy umarli na raka, pili regularnie wodę?

Kwestionowanie oczywistości jest moją pasją i jednym z najbardziej rozwijających zajęć, jakie poznałam. Uważam, że pop–psychologia, generująca radośnie liczne „prawdy psychologiczne”, w których się wychowaliśmy, odpowiada za wiele ludzkich tragedii. Nie zdajemy sobie nawet sprawy ze skali szkód, jakie powoduje. Jakie przestarzałe, nieprzemyślane, clickbaitowe, krzywdzące bzdury traktujemy w dobrej wierze jako obiektywną prawdę o świecie i – co najgorsze – na ich podstawie podejmujemy istotne życiowe decyzje, krzywdząc siebie i innych. Nie tylko w życiu prywatnym. Nawet w orzecznictwie sądowym, które powinno być oparte na twardych faktach, znajdziecie kwiatki tego rodzaju, że nawet dziadek Freud by je już wyśmiał a sędziowie z całą powagą orzekają o czyichś losach na podstawie takich „faktów psychologicznych”. Nawet w gabinetach terapeutów, licencjonowanych i certyfikowanych, z hologramami. Nie mówiąc o polityce, edukacji…


Źródło: Robert Filozof

Z tego powodu ciężko ze mnie wydobyć złote recepty.
Słuchanie się mnie to nie jest najłatwiejsza droga do samorozwoju, ale mogę obiecać, że ostatecznie efekty są trwalsze a zmiany głębsze.

Moją metodą jest brak metody, dlatego, że każdy z nas jest inny i na każdego jest inna metoda.

Tekst „Pokój pełen dymu” nie jest jedynie przydługim wstępem do przedstawienia esencji, którą jest siedem czy dziesięć złotych technik radzenia sobie ze stresem. One nie są esencją, tylko narzędziem. Narzędzia zaś różnie się sprawdzają w zależności od użytkownika i trzeba sobie dobrać swoje. Można też używać różnych narzędzi do rozwiązania tego samego problemu, na przykład wino można otworzyć zarówno korkociągiem, jak i śrubokrętem. Ważne, że jest otwarte. Nie istnieją narzędzia uniwersalne, wybijcie sobie to z głowy. Są tylko takie, które statystycznie pomagają większej liczbie osób, więc zyskały większą popularność i rozpoznawalność, mają entuzjastów i głosicieli. Nie wynika z tego jednak zupełnie, że mają się sprawdzić także u Was, a jeżeli się nie sprawdzą, nie oznacza, że coś z Wami jest nie tak.
Zasada ta dotyczy każdej dziedziny, nazwijmy to, rozwoju osobistego i pracy nad sobą, gdzie traficie na metody, tipy, techniki.

Tekst o pokoju pełnym dymu to nie tekst o narzędziach, tylko o mechanizmie. Samo zrozumienie mechanizmu jest najważniejszym narzędziem.
Daje Wam ono odporność na pseudomądrości pop-psychologii, toksyczne choć nieprawdziwe myśli i wpływy różnych dziwnych guru. Uchroni Was przed pójściem w maliny, dzięki niemu będziecie umieli z czasem rozpoznać fałszywe ścieżki. Jest to dobry start do poszukiwania narzędzi. Rozumiejąc mechanizm, znajdziecie je sami. Doprawdy, you can google it, jest tego pierdyliard w internecie. Przetestujecie ich sporo, wiele odrzucicie, niektóre wydadzą się obiecujące i je sprawdzicie. Albo na ich bazie stworzycie własne, szyte na miarę Waszych doświadczeń, skojarzeń, predyspozycji, skuteczne dla Was choć nie działające na innych. Jeżeli zrozumiecie mechanizm, będziecie umieli dobrać te narzędzia. Jeżeli nie – będziecie testować na ślepo i albo traficie, albo rozczarowani powiecie „nie umiem sobie poradzić, nie ma dla mnie ratunku”.

No bo na przykład będziecie próbowali technikami oddychania zwalczyć stres i nie pomoże, albo pomoże na moment. Uznacie, że ta technika jest do dupy, przereklamowana albo wydumana. A tymczasem technika jest spoko i bywa bardzo skuteczna, ale przy jej zrozumieniu i w konkretnych warunkach – a nie jako złota recepta dla każdego na każdą sytuację stresową. W wielu sytuacjach stresowych same techniki oddechowe to plaster na wiadomo co. To dmuchane rękawki przy wpadnięciu do wody na środku oceanu. Ale dmuchane rękawki mogą pomóc dopłynąć do szalupy. Wszystko może się przydać, trzeba tylko oczekiwać od narzędzi tego, co mogą nam dać. A to właśnie daje nam zrozumienie mechanizmu.

Musicie zrozumieć, że tutaj nie ma panaceum. Czasem wystarczy praca nad sobą i kilka tipów, czasem potrzebna będzie terapia a czasem leki przeciwlękowe. A czasami samo przejdzie, bo minie wahnięcie hormonów…

Bardzo ważne jest natomiast, żebyście ludzie rozumieli, że sam stres jest szkodliwy, niezależnie od tego, czy jego przyczyna jest poważna czy błaha. Że stan chronicznego stresu jest odpowiednikiem siedzenia w tymże pokoju pełnym toksycznego dymu i tak właśnie działa na ciało i na umysł – zatruwa. Jak źle znosicie stres, to nie wmawiajcie sobie, że przecież inni mają to samo i wytrzymują, że trzeba być twardym, że dzieci w Afryce głodują, że „co mnie nie zabije to mnie wzmocni”, „nie ma się co rozczulać teraz nad sobą”. Tylko podejmijcie decyzję, żeby się ratować, bo zatruci nic nie zdziałacie.

Tak, wiem, nie zawsze zredukowanie własnego stresu może być priorytetem, są różne sytuacje w życiu i czasami nie ma możliwości skupić się na sobie, dopóki sytuacja stresowa trwa. Czasem ktoś bliski umiera czy jest chory, czasem nam zagraża niebezpieczeństwo i musimy nieprzerwanie działać. Mimo tego pamiętajcie, że redukcja własnej reakcji stresowej to odpowiednik założenia maseczki najpierw sobie, a dopiero potem innym. Da nam większą skuteczność działania, jasność myśli i oddali szansę, że walniemy na serce w czasie akcji, albo że umrzemy zaraz po niej.

Zaś co do szukania prawdy o sobie… Prawda o nas zawsze jest jedna, niezależnie od tego, ile opisów znajdziemy i jak liczne teorie, klasyfikacje do siebie przyłożymy. Klasyfikacje – paradoksalnie – zafałszowują prawdę o nas, poprzez uproszczenie i sprowadzenie do kilku wymiarów. Potem robisz sobie 5 psychotestów i nie wiesz, który wynik daje ci prawdę o Tobie. Albo jakieś elementy Ciebie nie pasują do klasyfikacji i co? Tym gorzej dla Ciebie czy dla niej? Czy odważysz się ją podważyć i zobaczyć, czym tak naprawdę jest? Jest tylko sposobem opisu niektórych cech (w tym wypadku mówimy o temperamencie, cechach układu nerwowego) a Ty jesteś tworem dużo bardziej złożonym.

Nie zrozumcie mnie źle, takie klasyfikacje są fajne bo pomagają uporządkować pewne rzeczy a niektóre są nawet lepsze, bo poprzez trafną metaforę pomagają zrozumieć zasadę działania, jak koncepcja podziału ludzi na mlecze i orchidee, bardzo obrazowa, choć niestety wartościująca.
Zawsze jednak odeślę Was do mojego pierwszego wpisu na tym blogu, który mówi o tym, że praktycznie każda nasza cecha ma spektrum. Że nie masz do wyboru bycia mleczem albo orchideą czy też cholerykiem albo flegmatykiem, tylko że każdy mieści się gdzieś pomiędzy, bliżej jednego albo drugiego brzegi skali.

Część prawdy o sobie znajdziesz w wiedzy, jak działają pewne proste sprawy w naszym ciele i jak się przekładają na emocje i myślenie. To na szczęście są dosyć twarde dane i dobrze zbadane a wiedza ta bywa wielkim odkryciem dla osób, które zwykły uważać emocje i myślenie za coś zupełnie oderwanego od ciała (to jedna z wątpliwych zasług pop-psychologii oraz literatury romantycznej).

Cała reszta, to Twój indywidualny sposób reagowania na to, co procesuje Twoje ciało i co wyrabia Twoje otoczenie. Na ten sposób reagowania, oprócz fizjologii układu nerwowego składają się też inne Twoje cechy biologiczne, Twoje wady, zalety, mocne i słabe strony, pasje lub ich brak, talenty, inteligencja, doświadczenia życiowe, Twój mrok i Twoje światło. Kropkę nad i stawia zaś Twoje podejście do tego wszystkiego. Nie jesteś HSP, WWO, DDA, DDD, ADHD, ZA, CHWDP, cholerykiem, ekstrawertykiem, orchideą czy skowronkiem. Jesteś unikalną, jak Twoje linie papilarne, kombinacją i tak brzmi prawda o Tobie.