Jako nałogowa pochłaniaczka popkultury, tym razem wciągnęłam się w piąty sezon “Ślubu od pierwszego wejrzenia”, który oglądam pasjami, trochę po znajomości z Piotrem Mosakiem, którego sposób komentowania rzeczywistości uwielbiam. Takie programy to dla mnie case studies schematów ludzkich zachowań. Dzięki montażowi i regułom produkcji telewizyjnych show, są one wyczyszczone ze wszelkich wątpliwości i niejasności, nie mają odcieni szarości, jedynie czerń i biel. Często dostajemy zwroty akcji, gdzie ten zły nagle okazuje się tym dobrym albo na odwrót. Czasami zręcznie skonstruowaną zagadkę. Są to świetne fabuły, dające możliwość zaangażowania się. W odróżnieniu jednak od “Ukrytej prawdy”, mamy tu prawdziwych bohaterów z prawdziwego życia i to trochę komplikuje sprawę. Wiadomo, że ludzie w życiu nie zachowują się jak w fabularnym serialu, a zatem skoro widzimy zbyt gładką, spójną fabułę, należy uznać, że jest to wynik starannej selekcji zebranego materiału, aby dobrze nam się oglądało.
Nie jest to żadna demaskacja spisku medialnego, bo wszyscy o tym wiemy, nie jesteśmy dziećmi, ale często nawet nie pamiętamy, czy oglądani bohaterowi są realni czy odgrywają wymyślone dla nas dramaty.
Pomyśl, co widzisz na tym obrazku:
1. okrutnego węża o zimnych oczach, który zamordował biedną rybkę?
2. bohaterskiego, dumnego z siebie wężyka, który uratował swoją przyjaciółkę rybę przed utonięciem?
3. frajera, który wystartował do silniejszego przeciwnika i nie wie, w co się wpakował, bo zaraz ryba skoczy i mu rozerwie szczękę.
Tak właśnie wiarygodna jest nasza ocena ujęć, scen i komentarzy, które ktoś inny powyjmował z kontekstu i poukładał od nowa.
Ten cały przydługi wstęp piszę dlatego, że chciałam wziąć na warsztat głośny przypadek z piątego sezonu “Ślubu…”, który jest wyrazistym przykładem tematu, jaki potrzebowałam w swoim tekście omówić.
I tu powstaje dylemat etyczny, bo z jednej strony wiemy, że to, co oglądamy, to fabuła bazowana na prawdziwych wydarzeniach i że prawda może być zupełnie inna. Nie chcemy przecież nikomu zrobić niezasłużonej krzywdy. Ciężko jest nam oddzielić telewizyjną kreację i czarno-białe uproszczenia od “materiału źródłowego” czyli całego kontekstu faktycznych wydarzeń, motywacji, emocji, o których nie mamy wiedzy. Powiem więcej, czasem sami bohaterowie mogą wcale nie chcieć nam wyjaśniać, jak było naprawdę.
Z drugiej strony, szkoda nie przeanalizować takich przypadków, jakie nam zaprezentowano, bo to może nas samych bardzo rozwinąć i nakazać refleksję nad swoimi własnymi schematami myślenia (taki jest zresztą cel tego tekstu).
Sensowne wyjście to przyjąć samemu ze sobą pewną umowę, że traktujemy ten reality show jak każdy inny film czy serial. Nie odnosimy się do żywych, konkretnych ludzi, tylko do kreacji telewizyjnej, do której posłużyły ich twarze i imiona. Naturalne jest, że angażujemy się w analizę zachowań bohaterów (literackich, filmowych) jako wyrazistych a wręcz przerysowanych odpowiedników ludzi i sytuacji z naszego życia, uczymy się na nich, odreagowujemy własne przeżycia, to nas rozwija, pomaga, potrzebujemy tego, jak bajek terapeutycznych. To wcale nie jest tylko tania rozrywka. Ale odróżniajmy je od rzeczywistości i życia tych, których historia stała się bazą do telewizyjnej opowieści.Tak jak nie atakujemy na ulicy aktora za to, co zrobił w serialu grany przez niego czarny charakter, tak odczepmy się od prawdziwego życia bohaterów reality show. Przyjmijmy, że nie wiemy, co zaszło naprawdę między naszymi bohaterami, nie wiemy, jaką część nam pokazano, co kto nawywijał, jaka jest ich historia, jaki bagaż każdy niesie na karku.
Z punktu widzenia naszej potrzeby analizy przypadku, w ogóle nie jest to ważne, czy bohaterowie istnieli naprawdę, czy zostali od początku do końca zmyśleni i zagrani przez aktorów. Posłuży nam ona za to do analizy popularnego mitu, że osoby wrażliwe są z defaultu miłe, niewinne, dobre i bez skazy.
Zaczęło się w ogóle od tego, że Piotr Mosak omawiając zachowanie bohaterki użył określenia “przewrażliwiona” a ja, skoro prowadzę bloga o i dla przewrażliwionych, zastrzygłam uchem i zwróciłam baczniejszą uwagę na tę konkretną parę.
I faktycznie, na początku bohaterka, Iga, została pokazana jako pozytywnie zakręcona wariatka z lekkim ADHD. Z pewnością powitalibyśmy ją hucznie w gronie czytelników tego bloga. Była w widoczny sposób nadwrażliwa, hałaśliwa, strasznie dużo gadała, pod wpływem stresu zachowywała się jak naćpany labrador, ale też wydawała się świadoma swoich wad i zalet oraz tego, że potrafi być upierdliwa.
A potem kolejne sceny zaczęły budować jej drugie oblicze.
Kogoś, kto ma nadmierną potrzebę kontroli otoczenia (“poznany godzinę temu mężu, nie pij na własnym weselu”).
Kogoś, kto histerycznie i wręcz paranoicznie reaguje na zupełnie niewinne słowa, hasła, sformułowania i od razu przystępuje do wychowywania swojego partnera narzędziami takimi jak foch forever i śmiertelna obraza. Tak, że partner czuje się jak na polu minowym, nie wiedząc, co za chwilę zrobi źle (“moja cenna żona” uznane za obelżywy seksistowski żart; słowa “spokojnie, będę to spaghetti jeszcze doprawiał” jako trigger do wybuchu wściekłości “nie mów tak do mnie, nienawidzę tego słowa, jestem zupełnie SPOKOJNAAAA!!!!111!”).
Kogoś, kto przy pomocy ciągłych dosrywek i szpileczek próbuje podnieść swoją wartość kosztem poniżenia partnera (“nie chcę cię zawstydzać, ale ja lepiej prowadzę”, “jak ty parkujesz”, “wchodzisz do tego kajaka jak słoń”, “nie obejrzałabym się za nim na ulicy”, leczenie hydrofobii wyśmiewaniem i chlapaniem wodą).
Kogoś, kto obarcza innych odpowiedzialnością i winą za swoje złe samopoczucie (wyszlochane “on nie jest radosny a ja tak nie mogę żyć, ja biorę energię od innych”).
Kogoś, z kim dyskusje trwają jak z teściową z piekła rodem.
Kogoś, kto zaprezentował pełną paletę zachowań pasywno- agresywnych.
Kogo cechuje całkowita koncentracja na sobie, brak uważności na drugą osobę, brak refleksji nad swoim zachowaniem i jego upierdliwością lub raniącym działaniem. “Taka już jestem, ja tak mam, po prostu”.
Na koniec w finałowym odcinku zasugerowany został także stalking, nachodzenie, nakłanianie do kłamstwa, nagrywanie rozmów.
Jak słusznie zauważył ktoś na którymś z forów, sama ta lista zachowań, które pokazała nam telewizja, wskazuje na rozkręcającego się przemocowca, który właśnie zaczyna tresować swoją ofiarę. Gdyby to były zachowania faceta wobec kobiety, internauci wezwaliby policję do telewizora.
Po drugiej stronie barykady mamy spokojnego jak zamrożony wulkan Karola, którego cała postawa ciała i mimika wskazuje, że to wrażliwy, zamknięty w sobie introwertyk. Z nutą szaleństwa, chęci zabawy i ekstrawersji, bo wielu introwertyków tak ma i może być nawet kierownikami melanżu, pod warunkiem, że nie dłużej niż godzinę. Widzimy, jak Karol w obliczu powyższych zachowań małżonki wycofuje się z kontaktu fizycznego i coraz bardziej się dystansuje. Coraz bardziej milczy, coraz mniej odpowiada, chociaż cały czas jest uprzejmy i stara się nie odpyskować. Im bardziej Iga napiera i go opierdala, tym bardziej on milczy i się zamyka. Wygląda na to, że po prostu się jej panicznie boi, nie zamierza jej dostarczać paliwa w postaci swoich słów i stara się wycofać z kontaktu mentalnie, skoro nie może fizycznie się oddalić. Kiedy go odwiedziła bez uprzedzenia w domu, wyprowadził się z własnego mieszkania na parę dni. Internauci stwierdzili, że ma szczęście, że nie znalazł po powrocie do domu gotującego się w garnku jego kota, jak w “Fatalnym zauroczeniu”.
Wydarzenia były szeroko komentowane w sieci a ja przeczytałam wszystkie komentarze, włącznie z Pudelkiem. Z komentarzy na Pudelku zaczerpnęłam tytuł, będący pewnym podsumowaniem obserwowanych starań Igi na rzecz utrzymania małżeństwa: “Jak stracić faceta w 10 dni”. I teraz, co mnie zaintrygowało. Fabuła, którą pokazała telewizja była bardzo konsekwentna w prezentowaniu charakterów naszych bohaterów i określeniu, kto jest ten zły, a kto ten dobry, ale i tak Polska podzieliła się na teamy: “wrażliwa, pełna dobrych chęci dziewczyna po przejściach, którą facet odrzucił, bo woli brunetki, więc ona szaleje” oraz “przewrażliwiona toksyczna narcyza, która nie widzi nic oprócz własnego idealnego tyłka”.
Wiadomo też było na koniec w finale, że wiele zaszło poza kamerami, ale część ludzi uznała, że to Karol z cichacza podpuszczał i podkręcał Igę, która była przez swoją nadwrażliwość łatwą ofiarą i spektakularnie reagowała, a druga część publiczności oszacowała odwrotnie, że to Iga jest wariatką, która zagroziła w tajemnicy Karolowi, że obetnie mu jaja i ugotuje jego kota, jeżeli zdradzi prawdziwe wydarzenia i facet trzymał ze strachu gębę na kłódkę.
No halo, przecież oba teamy oglądały ten sam program. Wszyscy widzieliśmy to samo. To kto ma rację? Nie wiadomo. Jedni usprawiedliwiają te zachowania wrażliwością, inni nie. Dzięki temu mamy dobry pretekst, aby porozmawiać o cieniach wysokiej wrażliwości i zawalczyć z efektem aureoli wokół pojęcia wrażliwości emocjonalnej, który powoduje, że często przypisujemy takim osobom same dobre cechy.
Wielu z Was ma tendencję do przyklejania sobie etykietek. Jestem WWO i to wszystko o mnie mówi, wszystko wyjaśnia. No nie. Oprócz tego masz wiele innych cech, które ostatecznie składają się na to, jakim jesteś człowiekiem.
Wrażliwość to tylko potencjał. Możesz być wrażliwym empatą z dobrym serduszkiem i tak właśnie się to potocznie kojarzy. Ale możesz też być wiecznie wkurwionym i szukającym atencji, egocentrycznym narcyzem, którego wysoka wrażliwość owocuje głównie żądaniami wobec otoczenia, aby chodziło wokół niego na paluszkach, dbało o jego dobre samopoczucie – a także objawia się bardzo krótkim lontem w przypadku domniemanej zniewagi, braku atencji albo jakiejś deprywacji ze strony otoczenia. Może też objawiać się leżeniem i użalaniem się nad sobą z powodu złamanego paznokcia. Albo odreagowaniem odrzucenia poprzez spalenie eksowi samochodu. Tak bywa.
Empatia jest mocno skorelowana z wysoką reaktywnością i z tego bierze się potoczny pogląd, że osoba wrażliwa jest osobą dobrą i godną szacunku, bo jej wrażliwość obejmuje reakcję na krzywdę innych. Mity o wrażliwości jako synonimie dobroci i empatii a także umiejętności komunikacyjnych i wszelkich innych zalet trzymają się mocno.
Wystarczy brak empatii (wrodzony, w spektrum autyzmu, w zaburzeniach antyspołecznych czy wyuczony w dzieciństwie, dowolnie), złe wzory z domu, egocentryzm, lub najzwyklejszy parszywy charakter aby osobę wysoko wrażliwą zmienić w przewrażliwionego na swoim punkcie potwora.
Wysoka wrażliwość, wysoka reaktywność może w konsekwencji czynić też podmiot liryczny wysoce upierdliwym dla otoczenia, przez swoją gadatliwość, słowotok, wchodzenie w zdanie, rozdmuchiwanie problemów i niski próg obrażalstwa, albo nagłe wybuchy frustracji czy żalów.
Wystarczy spojrzeć na wielu wybitnych artystów, jednostki ekstremalnie wrażliwe, dzięki czemu są ekstremalnie twórcze, ale też ekstremalnie nie do życia i nie do wytrzymania dla otoczenia. Często same ze sobą też nie mogą wytrzymać, ale dla terroryzowanego otoczenia, rodziny, partnera, współpracowników to żadna pociecha.
Pomijam oczywiście w tych rozważaniach ludzi, u których wysoka wrażliwość łączy się z innymi zaburzeniami, rozwijającymi się chętnie na jej gruncie, jak np. borderline, depresja, CHAD – ich problemy to grubszy kaliber, mają inne źródło i wymagają leczenia farmakologicznego.
Tak, wysoka wrażliwość tłumaczy nas z wielu zachowań. Często inni nas nie rozumieją, często stawiają nam nierealne dla nas wymagania, zmieniając nasze życie w ciągłą walkę o normalność.
Jednak stawianie siebie na piedestale “wrażliwości” i usprawiedliwianie nią wszystkiego, to łatwa droga – ale tylko do ostracyzmu.
Z ust głównej bohaterki padało parokrotnie “bo ja tak mam, ja taka jestem”, co – jak wskazywało dalsze pokazane zachowanie i słowa – w jej mniemaniu nie wymagało już dalszych rozkmin i dawało przyzwolenie na wszystkie zachowania, które jej w danym momencie strzelą do głowy. Taka się urodziłam i taką mnie masz. Mnóstwo ludzi tak robi, ale ten rodzaj “akceptacji siebie” nie prowadzi do żadnego rozwoju.
Wrażliwość nie zwalnia nas z pracy nad swoimi paskudnymi wzorcami zachowań, szambem wyniesionym z domu, wrednym charakterem, nie usprawiedliwia traktowania innych ludzi jak śmieci.
Obrona naszego ego jest ważna i potrzebna, ale metody tej obrony nie powinny być toksyczne i nie musimy zachowywać się jak bachory z piekła rodem, bo jesteśmy taaacy wrażliwi. Naszemu wewnętrznemu dziecku na pewno nie zaszkodzi, kiedy nauczymy je bardziej konstruktywnego zachowania.
Wrażliwość powoduje dużą siłę reakcji emocjonalnej ale jakość, styl tej reakcji, wynikające z niej zachowanie to już jest nasz wybór i nasza praca nad sobą, nasz osobisty rozwój.
Jednym będzie łatwiej to uzyskać, innym trudniej a jeszcze innym nikt nie powie, że mogą próbować się zmienić i do śmierci będą zatruwać życie najbliższym, uważając się za wielce pokrzywdzonych.
Ale jeżeli już to wiesz, to warto się za to wziąć. Wziąć na siebie odpowiedzialność za siebie.
P.S. Jeżeli ktoś potrzebuje sobie obejrzeć ten program, to cały sezon jest też w sieci, dostępny za darmo, wystarczy wpisać w google. 🙂
Fot. Pixabay



Z wykształcenia jestem psychologiem, z natury „przewrażliwiona”. Stworzyłam tę stronę, by była wsparciem dla ludzi takich jak ja – wysokoreaktywnych, nadwrażliwych emocjonalnie. Jak sobie układać życie i sprawy w świecie stawiającym nam wymagania jak dla „normalsów”? O tym będę pisać.