Zaznacz stronę

Pierwsze starcie z rzeczywistością, które dało mi do myślenia oraz po łapach miało miejsce, kiedy spróbowałam połączyć macierzyństwo i pracę w rozwijającej się dynamicznie agencji badania rynku. Brzmi znajomo?

To był taki moment w życiu Polski, kiedy byliśmy świeżo zachłyśnięci koncepcją, że każda kariera jest dla każdego możliwa. Czas, kiedy pracowało się od rana do nocy, piątek i świątek, bo tak powinna wyglądać prawdziwa praca, bo tak wymaga klient i ma do tego prawo, bo taki był etos (tu się wydało, że nie jestem z pokolenia Y ani tym bardziej Z). Im więcej nocek w pracy przy projektach, tym większa sława i pieniądze. Nikt nie wychodził do domu o 17, jeżeli nie pracował na państwowym. Dzisiaj zdarza się to rzadziej, dużo rzadziej, bo zarówno pracownicy jak i pracodawcy się sczaili, że to nie działa na niczyją korzyść, ale są cały czas branże i miejsca, gdzie taka robota to normalka.
No i dobra, firma się dynamicznie rozwija, wraz z nią moje perspektywy, zapiernicz na skraju wytrzymałości wydaje się mieć sens, bo już pierwsi zaczynają sobie kupować mieszkania na kredyt, znaczy się zdolność kredytowa jest i szansa na rychłą stabilizację też jest. Ja zmęczona ale też zachwycona, bo to co robię jest ciekawe i ambitne. Przynajmniej wtedy tak mi się wydawało. Dzieciak w przedszkolu, potem z babcią albo nianią, też wymaga ogarnięcia. Codziennie nie wiem, o której wyjdę z pracy i ile złorzeczeń usłyszę od dyżurującej z wnukiem babci („powiedz im, że po prostu wychodzisz do domu i nie będziesz tyle siedziała”). Kolejna noc przesiedziana nad raportem. Work – life balance leży i płacze. PRESJA– ze wszystkich stron.

PRESJA CZASU, bo jeżeli zwolnisz tempo, to wylecisz z pracy. Terminy są święte i nie są dostosowane do ludzi, którzy potrzebują jakichś szczególnych ułatwień jak np. odpoczynek. Klient nie może czekać i nie za to ci płaci.

PRESJA ODPOWIEDZIALNOŚCI, bo jeżeli zawalisz, to pociągniesz za sobą na dno fajny zespół ludzi, których lubisz i w sumie fajnego szefa, którzy stracą przez ciebie strategicznego klienta i pójdą na zieloną trawkę (a przynajmniej taką katastroficzną wizję masz w głowie). Jeżeli masz na utrzymaniu kogoś więcej, niż siebie, presja odpowiedzialności wzrasta dramatycznie.

PRESJA W DOMU bo w nim nikt nie chce zrozumieć sytuacji, w jakiej jesteś i wyborów, jakich musisz dokonywać, masz wrażenie, że oczekują od ciebie niemożliwego. Jesteś złą matką, złym ojcem, złym partnerem, złym wszystkim. Idź się popraw.

PRESJA W SZKOLE czy przedszkolu dziecka, bo jak to nie możesz przyjść na zebranie, bo pracujesz, przecież o takiej godzinie normalni ludzie nie pracują. Jak to nie zorganizujesz mu na jutro na plastykę krepiny, kasztanów, kolorowych jarmarków, blaszanych zegarków? Jak to po pracy nie masz czasu na latanie po sklepach i szukanie świętego Graala, bo wracasz późno, na czworakach i wiesz, że przed tobą jeszcze pół nocki przy kompie, chcesz spędzić ten czas z dzieckiem albo odpocząć? Albo sklepy są już zamknięte i ledwo zdążysz kupić chleb w Żabce.

PRESJA OCZEKIWAŃ SPOŁECZNYCH – droga do sukcesu wymaga poświęceń, przecież nie chcesz kopać rowów albo siedzieć na jakieś recepcji, nie po to się uczyłeś, sen to wymówka dla leniwych, ludzie sukcesu nie śpią, bo zasuwają. Chyba nie chcesz, żeby się okazało, że jesteś za kiepski do tej pracy? Że się nie sprawdziłeś? Chyba chcesz być Kimś? Chyba chcesz mieć jakiś status, jakiś dom, jakiś majątek, szacunek społeczny? Chcesz? To do roboty! Nie użalać się nad sobą.

PRESJA WŁASNEJ SAMOOCENY – najgorsza. Jak to, ja nie dam rady, przecież wszyscy dają radę, nie jestem przecież nieudacznikiem, jestem bystry, wykształcony, mam wszystkie warunki i umięjętności, żeby dać radę. A nie.

Niektórzy sobie z taką presją poradzą świetnie i nawet nie będą specjalnie zmęczeni, raczej przyjemnie pobudzeni, bo mają lekki stresik motywujący do działania na poziomie dla nich optymalnym. Ich koncentracja, możliwości intelektualne, poziom energii będzie na szczycie.

A innych to po prostu sparaliżuje.

Pół biedy, jeżeli ci sparaliżowani się zorientują, że środowisko i warunki są dla nich toksyczne i zaczną się ratować. Ci mają szansę.

Gorzej, jeżeli będą patrzeć na tych z pierwszej grupy, świetnie sobie radzących i upierać się, że jest to dowód, że oni też mogą. Kiedy uznają, że ten paraliż to „lenistwo”, „strach przed wyjściem ze strefy komfortu” i inne tego rodzaju szkodliwe bzdety i postanowią „po prostu to przezwyciężyć”, „nie dać się” „skoncentrować na celu”, „wziąć do roboty / za siebie”. Kiedy uznają oczekiwania społeczne podsycane przez niskoreaktywnych prezesów, liderów, zdobywców – za słuszne i za swoje własne. Jeżeli uznają, że ich brak koncentracji to nie sygnał alarmowy, tylko oznaka zgłupienia, nieogarnięcia, więc muszą się jeszcze bardziej spiąć, starać albo iść po leki. I nikt nie może zauważyć, że coś z nimi jest nie tak. Kiedy wbite do głowy przekonania na temat tego, jakim się jest i jakim powinno być, a także jak powinno wyglądać życie i praca, wygrają z instynktem samozachowawczym, zdrowym rozsądkiem, własnym doświadczeniem, reakcją obronną własnego organizmu.

A do której grupy Ty należysz?

Ja miałam tę przewagę, że byłam po studiach psychologicznych a i tak (szewc bez butów chodzi) ponad 2 lata zajęło mi ustalenie, że nie nadaję się do takiego trybu pracy, chociaż jej treść mi bardzo odpowiada i mam do niej wszelkie miękkie i twarde kompetencje. Z wyjątkiem tej jednej – jestem zbyt wysokoreaktywna, żeby przeżyć takie tempo i taką presję bez poważnych konsekwencji. Miałam przed sobą wyniki testów, które plasowały mnie jako ekstremalnie nadwrażliwą i z nimi nie było dyskusji. Kiedy przyjęłam to do wiadomości, z bólem odpuściłam. Zweryfikowałam swoje podejście do pracy i życia oraz priorytety – co w moim otoczeniu zostało odebrane jako brak ambicji, degradacja na własne życzenie i ogólne frajerstwo. W tym również przez tych życzliwych, którzy wcześniej oczekiwali ode mnie ustabilizowania czasu pracy – niektórym nie dogodzisz i nie taka jest twoja rola. Znalazłam sobie zbliżoną tematycznie, mniej wymagającą, gorzej płatną, ale znaczenie spokojniejszą niszę. Coś za coś. Prawdopodobnie, gdybym tego wtedy nie zrobiła, nie byłoby mnie już tutaj, bo za mocno przeciążone nerwusy żyją krócej.

Dlaczego te przekonania i mity, które każą nam cisnąć w wyścigu nierównych szans, wygrywają ze zdrowym instynktem przetrwania? Czemu pakujemy się w sytuacje życiowe, które nas stopniowo niszczą, myśląc cały czas, że działamy na swoją korzyść i że to właściwa droga? Czemu nie przekonuje nas nawet choroba, depresja? Czemu niektórzy uważają, że lepszym rozwiązaniem będą stymulujące narkotyki, które nas w końcu zabiją, zamiast zmiany warunków życia na mniej niszczące? Na takie, które pasuje do Ciebie i które byłoby dla Ciebie najlepsze? Takie, przy którym wykorzystasz w pełni swój faktyczny, a nie wyobrażony potencjał?

Ano dlaczego? Dlatego, że te przekonania – zakładające jakąś wiedzę o życiu, ludzkiej naturze, o tym, co się powinno a co nie powinno – budujemy ze źródeł delikatnie mówiąc niesprawdzonych albo niesprecyzowanych. Ze źródeł, które, jeżeli spróbujesz je określić, sprowadzają się do „wszyscy to wiedzą”, „przecież to jest oczywiste”, „gdzieś czytałem”, „amerykańscy naukowcy udowodnili” „psychologia tak mówi”, „moja babcia zawsze powtarzała, że…”.

Kiedy myślisz „przecież powinienem to zrobić bez trudu”, „to z lenistwa”, „jestem niezorganizowany”, „nie mam po czym być zmęczony, nie mogę się użalać nad sobą”, „wszyscy tak robią i dają radę”, „tak powinna wyglądać praca”, jak często zadajesz sobie pytanie „A WŁAŚCIWIE SKĄD TO WIEM?”?

Sprawdź, jakie odpowiedzi uzyskasz, zadając sobie to pytanie UCZCIWIE i przyznając się do nawet najbardziej żenujących odpowiedzi takich jak „z internetu” albo „z dupy”.

Założę się, że miewasz bekę z wyznawców płaskiej Ziemi. To teraz pomyśl, czy twoje źródła, na których opierasz swoje życie, swoje i bliskich zdrowie, swoje szczęście i swoje być albo nie być – czy one na pewno są lepsze, bardziej wiarygodne, niż ich? SKĄD TO WIESZ? Oczywiście zawsze to my mamy krytyczny, otwarty umysł i znamy prawdę, w przeciwieństwie do innych, którzy dają się wpuszczać w maliny i idą jak barany za stadem, wierząc w niesprawdzone idee i twierdzenia. Ale pomyśl. Sprawdź. Weź tyle czasu, ile na to potrzebujesz. Podziel się tym w komentarzu – może się wywiąże z tego jakaś twórcza wymiana?

Do zobaczenia, temat będzie rozwijany 🙂